| PODROZ NAJMITOW |
|
POPRZEDNIA 19 NASTEPNA
17 Luty 2000 |
|
Oplaty za wjazd do Kostaryki sa najnizsze ze wszystkich krajow Ameryki Centralnej, jedyne $21. To zawiera ubezpieczenie od odpowiadzialnosci cywilnej. Z przewodnika po Kostakyce dowiadujemy sie ze w tym kraju prostytucja jest legalna. Tylko zawodniczki zobowiazane sa nosic przy sobie "carta puta" czyli ksiazeczke zdrowia. Dalej pod naglowkiem "Gay and Lesbian Travelers" dowiadujemy sie ze Kostaryka przoduje w tolerancji odmiencow. Piotr postanawia zaprzyjaznic sie z prostytutka lesbijka. Pierwsza noc spedzamy na dzikiej plazy nad zatoka Salinas w poblizy Parque Nacional Santa Rosa. Wybrzeze jest tu suche jak pieprz. Porostaja je karlowate akacje. Szary wulkaniczny piasek jest tak mialki ze powiewy wiatru unosza kleby kurzu. W porownaniu z plaza Poneloya w Nikaragui woda zdaje sie byc wyjatkowo chlodna. Do tego 3 metrowe przyplywy. Zastanawia nas tez istota parku narodowego. Wszedzie indziej teren ten nazywal by sie ugorem, w Kostaryce za wjazd na nieuzytek pobieraja $6. Nastepnego dnia staramy sie dojsc na czym polega atrakcyjnosc kostarykanskiego wybrzeza Pacyfiku. Osobiscie znamy kilkanascie osob ktore na tym wybrzezu utopily po kilkadziesiat tysiecy kupujac tu dzialki budowlane. Wczesnym popoludniem dojezdzamy do Playa del Coco. mala plaza, ciemny piasek, muchy i komary, zatoczka okolona pagorkami, tlum ludzi - syf. Dalej Playa Potrero. To samo, gesto zabudowane, z widokiem na kasyna i domy publiczne resortu Playa Flamingo. Zostajemy tu na noc. O polnocy wylaczaja migajacy na cala zatoke neon burdelu. Puty ida na fajrant. Nie sadzimy by byly przepracowane. Z 4 tysiacy pokoi hotelowych zaledwie kilka zdaje sie byc zajeta. Dwaj przechadzajacy sie plaza kanadyjscy wedkarze twierdza ze sezon tu trwa od grudnia do lutego - moze nie co roku. Kolejna plaze del Pirate. Ciezka zwirowa droga dojezdzamy do Playa del Pirate i ciut dalej Conchal. Skaliste rafy i male jasne plazyczki. Jak do tad najladniejsze i w niare nie zabudowane. Nastepna plaza to Playa Tamarindo i Longosta. Ponoc tu zulwie Olivera Riddleya skladaja jaja. By im pomoc w odnalezieniu plazy postawiono tu resort. Coldwell Banker, Century21, RE/MAX, gwarantuja latwy zwrot inwestycji. Chyba w zolwich jajach. Godzina internetu kosztuje $10. Duzy tu tlok. Syf i nuda. Sprzedawczyni w nimieckich delikatesach twierdzi ze to rzadowy program promocji sciagna tu tych turystow. Poleca nam plaze. 80kM na poludnie. Siatka zwirowych drog trafiamy na ciemna plaze. Na jej srodku zamieszkalo kilku surferow. Zostajemy tu na noc. Ranne slonce rozgrzewa ciemny piasek. Pali sie nam pod nogami. W pospiechu zwijamy graty i jedziemy zlozyc wizyte Markowi Tilgnerowi, Kanadyjczykowi z Poludniowej Dakoty. Zaczynamy czuc bleusa. Mark jest kolejnym w dlugiej kolejce imigrantem do tego biednego kraju. Cud gospodarczy tego najbiedniejszego az do II wojny kraju przypomina rozwiazanie newadzkie. Dajmy tym ktory ciezko pracuja to czego im nie wolno lub nie stac u siebie w domu. Nigdzie indziej nie widzielismy ludzi otwarcie palacych maryche choc jest ona nielegalna. Jemy kolacje w restauracji Olga na plazy Pelada. Ceny kalifornijskie a jakosc srednia. Gdyby nam ktos kazal wyliczyc amerykanskie kolonie Kostaryka znalazla by sie pierwasza na dlugiej liscie. Na noc zostajemy na duzej jasnej plazy przeznaczonej przez architektow miasta Nosara na bezludna. Krecie sie tu sporo ludzi zwabionych przeznaczeniem plazy. Przed nami jedzie wierzchem, na oklep, paniusia odziana w powiewne szaty lecz bez majtek. Udziela sie nam jej rozkosz. Trudno powiedziec co odczuwa bialy rumak. Przed szosta ze szklaneczkami w rekach, krzeselkami pod pachami i aparatami na szyjach zjawia sie 20-to osobowa grupa i zasiada przy powalonym pniu palmowym. Surferzy nazywaja ich "Sunset Crowd". Patrza w morze, pstrykaja sobie zdjecia, z przodu z tylu, az wreszcie podchodzi do nas kobieta z aparatem i prosi o zbiorowe zdjecie. Po zachodzie zabieraja swe krzeselka i szklaneczki i znikaja w krzakach. Na plazy zostaja surferzy my i Mark. Ten wymyslil sobie ze skoro postawilismy mu obiad, moze sie zalapac na kolacje. Do poznej nocy opowiada nam o swych losach "draft-dodgera" i jeszcze trache. Skoro swit plaza sie zaludnia. Opuszczamy to bezludzie w kierunku San Jose. W Puerto Morena stajemy w kolejce do promu przez rzeke Tempisque. - Pipa Fria!! (zimna pipa) wolaja chlopaczkowie z przenosnymi lodowkami w rece. Wewnatrz lodowki stygna porosniete brazowym wlosami kule kokosow. Ten sam wyrob w Meksyku podawany jest w foliowym woreczku bez wlosow. Po dwu godzinach zabieramy sie na prom pelen koni i bydla rogatego. Poznym popoludniem zatrzymujemy sie na malutkiej czarnej plazy za Puerto Caldera, potem Playa Tarcoles. Czarny wulkaniczny piasek wdziera sie wszedzie. Znajdujemy go na dnie kubka z cherbata, w ksiazkach, spiworach. Wczesnym popoludniem witamy w Quepos. Na ulicach tlum amerykanskich wkacjuszy i nieco Eupopejczykow. Badamy lokalne Internet Cafes az naszym oczom ukazuje sie rozpromieniona Tjitske w towarzystwie lokalnych chlopcow. Znalazla tu swe szczescie. Zajezdzamy do hoteliku "Tres Banderas" prowadzonego przez Polakow Andrzeja i Krzysztofa. Taka rozmowe moglibysmy odbyc na stacji kolejowej w Sulejowku. Strata czasu. Jedziemy dalej. Za mostem nad rzeka Naranjo zauwazamy sciezke prowadzaca w gore rzeki. Po kilku kilomerach trafiamy na piekna zatoke wsrod tropikalnego lasu. Wreszcie bedziemy mogli zmyc z siebie wulkaniczny pyl. Tu operatorzy "Canopy Tours" przywoza w jeepach swych klijentow. W programie za jedne $100 jest przejazd przez rzeke, niepokojenie wyjcow i zjazd po stalowej linie z jedniego drzewa na drugie, ala Tarzan. Quepos - ciag dalszy W Quepos poznajemy 2ch surferow deperacko starajacych sie sprzedac swoj samochod Toyote 4X4 87rok. Mysla ze dostania za nia $4000. To zaplaci za bilet do domu i jeszcze zostanie. Mowia nam ze w San Jose mozna dostac studencki bilet do San Diego za $250. Wszystko wskazuje na to ze Kostaryka subsydiuje przemysl turystyczny, podobnie jak ongis Las Vegas, miasto placilo napalencom bilet lotniczy z wielu miast USA tylko po to by sciagnac ciekawskich. Funkcje obskubywania gosci pozostawiano kasynom. Poznajemy tez murzyna ze Stanow imieniem Tony. Dorabia sobie instalujac komputery interesikom w Quepos. Okazal sie on byc bardzo dobrze zorientowany w cenach prostytutek, znal tez na wylot system podatkow, licencji i mechanizm wspolzycia z wladzami. Twierdzil on ze pierwsze dwie ulice od plazy zostaly wykupione przez kanadyjskich i wloskich spekulantow. Zalil sie na Kostarykanski monopol dostawcow internetu. Tony straszyl nas panamskim lapownictwem na przejsciu granicznym. Pozdrawiamy, jedziemy do Panamy. Iwona i Piotr |