-
"Walka o wolność, gdy się raz zaczyna
Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna
Sto razy wrogów zachwiana potęgą
Skończy zwycięstwem
Grecyja jest księgą..."
Tak pięknie i patetycznie rozumiał idee wolności Lord Byron, widząc skutą
okowami tureckiej niewoli Grecję, kiedy w latach dwudziestych ubiegłego wieku
wybierał się na Bałkany, aby zginąć za ten kraj. Dziś Grecja jest wolnym państwem o powierzchni 132 tys. km. kw. i ponad 10- milionowej populacji, z czego blisko 40% żyje w aglomeracji ateńskiej.
Kraj to nietypowy pod każdym względem, górzysty i wyspiarski. Grecy powiadają, że Bóg stwarzając ziemię miał jeszcze w rękach trochę gliny i nie bardzo
wiedząc, co z nią zrobić, otrząsnął ręce, a resztki te spadły na glob tworząc góry
i wyspy południa Bałkanów.
Ostatnie tygodnie wakacji zdażyło mi się być w Helladzie i poznawać ten kraj.
Trudno o nim powiedzieć, aby był cudownie piękny. Ma jednak w sobie coś, co
powoduje, że pewnie będę do niego wracał. Dziś wrócę tam myślami, aby odtworzyć to, co udało mi się zobaczyć.
Droga z Polski wiodła przez Wiedeń, jak zawsze oddychający pamięcią Franciszka
Józefa, a potem przez północno-wschodnie Włochy do Ancony, gdzie zaokrętowałem
się na prom, aby po 36 godzinach pływania zawinąć do Patry na Peloponezie (trzeciego co do liczby mieszkańców miasta w Grecji). Pierwszym zabytkiem, do którego postanowiłem zawitać była Olimpia. Położna w widłach rzek Alfiosu i Kladeosu wśród pagórków zachodniego Peloponezu. To tutaj wygnany z Aten - za niesłuszne podejrzenie kradzieży złota przeznaczonego na posąg Ateny - osiadł Fidiasz i wdzięczny mieszkańcom za zaproszenie "zafundował" im posąg Zeusa Olimpijskiego, uznany potem za jeden z siedmiu cudów świata. Dziś w Olimpii można oglądać m.in. ruiny świątyni Zeusa i Hery w świętym okręgu Altis, a także stadionu. Jak wiemy ogólnogreckie igrzyska
olimpijskie odbywały się ku czci Zeusa i urządzano je od 776 r pne. co cztery
lata. Mitycznym inicjatorem igrzysk miał być Herakles. Idea odrodziła się we
współczesności, a Ateny w 2004 r po raz drugi będą światową areną Igrzysk.
Zadumany nad nieśmiertelnością idei, mimo zburzenia jej materialnych wyrazów
przez wiatr historii, pognałem do Argolidy aby zobaczyć Mikeny i Epidavros. Położone we wschodniej części Peloponezu Mikeny przez pół tysiąca lat
(1600-1100pne) były centrum kultury achajskiej. Zanim Dorowie (czyli Spartanie)
zawładnęli Peloponezem tutaj była stolica duchowa Grecji. Dziś można tam
obejrzeć ruiny pałacu otoczonego cyklopowym murem, świetnie zachowaną bramę Lwów
oraz groby królewskie rozsławione również przez J. Słowackiego. Kto z nas nie
pamięta z lektur szkolnych "Grobu Agamemnona". Jest to kopułowy grobowiec, w
którym obecnie trudno o zamyślenie na jakie mógł pozwolić sobie Wieszcz.
Tłumy i gwar turystów nieustannie burza święty spokój tego miejsca.
Z Miken do Epidavros już tylko kilkadziesiąt kilometrów. Z zadumy wprost do
mieniącego się niebywałą akustyką słynnego na cały świat teatru, gdzie rzucona
na bruk sceny (orchestry) moneta słyszalna jest - jakby ze wzmożoną siła - w
ostatnim najwyższym rzędzie amfiteatru. Ten zabytek starożytności przetrwał własny
czas i dotąd służy artystom jako miejsce ich popisów. Epidavros był dla Greków
tym czym dla współczesnych jest Lourdes. Jedzili tam modlić się do Asklepiosa
(Eskulapa) o cud uzdrowienia, a w tym uzdrowieniu pomagała sztuka.
W centrum Peloponezu zahaczyłem o Kalawrite czyli greckie Zakopane z centrum
sportów narciarskich i miejsce pamięci narodowej Greków. Zamordowali tam
hitlerowcy 500 mieszkańców miasteczka w odwet za istniejący ruch oporu.
Kilka kilometrów od Kalawrity (po polsku Piękne ródło) znajduje się grecka
Częstochowa - klasztor Mega Spileo z czarną Madonną.
Mnisi po pożarze części budynku, dobudowali bez ładu i składu kilka kondygnacji mieszkalnych
cel, które wyglądają jak bloki z pónego Gierka na warszawskim Ursynowie.
Poza tym mnisi zbyt dosłownie przejęli się potrzebą umartwiania, stosując "z umiarem" środki
higieny osobistej, dlatego w obawie o własny nos należy przechodzić obok nich w bezpiecznej odległości.
Ruszamy dalej w drogę do Koryntu. Miejsce ze wszech miar ciekawe, szczególnie
dla mężczyzn. To tutaj kapłanki świątyni Afrodyty położyły "kamień węgielny"
pod najstarszy zawód świata. Odliczone od 1 do 1000 z wytatuowanym na udzie
numerem służyły swej bogini ciałem, oddając się przejeżdżającym przesmykiem
korynckim kupcom, pielgrzymom, wojskowym no i wszystkim,
którzy mieli ochotę czcić wspólnie z nimi Afrodytę. Miasto pobierało od tego
ofiarę i bogaciło się niepomiernie. Nawet król Koryntu Syzyf stał się tak
sławny, że bywał na ucztach na Olimpie i podkradał bogom ambrozję. Omal nie
zapewnił sobie tym sposobem nieśmiertelności. Jednakże jego nieuczciwość i
pycha zostały zauważone i za karę bogowie zlecili mu nieustanne wpychanie na położoną
obok Koryntu góre kamień, który z uporem godnym lepszej sprawy spada mu zawsze
tuż przed szczytem.
Większe szczęście mieli Wenecjanie, którzy w II połowie
naszego tysiąclecia postawili na szczycie twierdzę, a jej dość dobrze
zachowane resztki widnieją do dzisiaj. Korynt to także miejsce, gdzie w końcu
ubiegłego wieku przekopano kanał oddzielając Peloponez od stałego lądu. Dziś turyści
patrzą z mostu jak 60 metrów poniżej przepływają statki skracające sobie
drogę z morza Egejskiego na morze Jońskie i odwrotnie. Jeszcze jedną
ciekawostkę posiada Korynt - jest to "most zatapialny".
U wylotu na morze Egejskie zbudowany jest most, który jest opuszczany pod wodę
a nad nim przepływają statki, po czym most się ponownie wynurza.
Z Koryntu autostrada kieruje się w kierunku Aten. Miasto którego rywalizacja ze
Spartą doprowadziła do wojny peloponeskiej do dziś prezentuje się tak jakby
wojna skończyła się przed godziną. Fatalna architektura i całkowity brak
koncepcji urbanistycznej sprawiają, że na pierwszy rzut oka panorama miasta
wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Bardzo zdegustowany współczesnością
udaję się odwiedzić to, co zostało po starożytnych. Jest tego w sumie niewiele:
a) na Akropolu ruiny Ateny-Dziewicy (czyli Partenon), obok dużo mniej okazała
świątynia wspólnego kultu Ateny i Posejdona-Erechteusa zwana Erechtejonem ze
słynnymi kariatydami podtrzymującymi sklepienie, monumentalna dorycka brama
wejściowa zwana Propylejami i resztki malej świątyni Ateny-Nike. Nieco niżej za
murami Odeon Heroda Attykusa i Teatr Dionizosa. Na wprost Propylejow Aeropag a
obok Agora z dość dobrze zachowanymi ruinami Tezejonu. Na
sąsiednim wzgórzu pomnik Philopaphosa a poniżej Pnyks - miejsce zgromadzeń
narodowych gdzie przez demokracje bezpośrednia uchwalano lub odrzucano prawa i
gdzie przemawiali starożytni mówcy i demagodzy.
b) świątynia Zeusa i Luk Hadriana. Budowa świątyni trwała 700 lat. Rozpoczął ja
w VI w p.n.e. Pizystrat a ukończył w II w n.e. Hadrian, przy okazji wystawiając
sobie łuk na własna cześć, który w dobrej formie zachował się do dzisiaj.
Reszta zabytków Aten to bizantyjskie świątynie, mniej lub bardziej zaniedbane,
oraz zabytki całkiem jak na Grecję współczesne. tzn. wybudowany na pierwsze
igrzyska olimpijskie w 1896 r marmurowy stadion i pałace królewskie z ubiegłego
wieku. Jeden z nich położony na placu Konstytucji (pl.Sindagmatos) jest teraz
siedzibą parlamentu i paru urzędów centralnych. Przed jego frontem znajduje się
Grób Nieznanego Żołnierza z odbywającą się co godzina - dość wesoło wyglądającą
- zmianą warty wykonywaną przez żołnierzy ubranych w zabawne stroje ludowe
greckich górali.
Przy okazji warto wspomnieć, ze gdy Grecja po blisko 400 latach tureckiej
niewoli odzyskała niepodległość nie miała odpowiedniego kandydata na tron a
cała ludność liczyła 600 tys. Posadzono więc na tron księcia bawarskiego Otto,
który od 1833 do 1862 r władał Grecją, aż go niezadowoleni podwładni wyrzucili
z tronu. Zaproszono wtedy na tron królewicza duńskiego, który przybierając imię
Jerzy rozpoczął dynastię, która ze zmiennym szczęściem zakończyła panowanie na
Konstantynie II - obalonym przez reżim pułkowników w 1967 r (jego siostra
Zofia jest aktualnie królową Hiszpanii, a syn ojcem chrzestnym Wiliama delfina
Zjednoczonego Królestwa syna - Diany i Karola).
Zmęczony, ale także znudzony i zniechęcony zwiedzaniem, rzuciłem się w morskie
odmęty, aby aktywnym relaksem wzmocnić na wzór greckich herosów swoją tężyznę
fizyczną.
Niestety w kryształowo czystych wodach lubią sobie mieszkać zwierzątka, które
po polsku nazywamy jeżykami. Maja one tak dokuczliwe kolce, że po pierwszym
kontakcie z nimi skutecznie zniechęcają do dalszych kąpieli. Ograniczyłem się
więc do balneologii stosowanej w basenie z morską wodą i próbowania
wytrzymałości mojej głowy na greckie wino. Tutaj osiągnąłbym nieco lepsze
rezultaty, gdyby nie niechlujna obsługa kelnerska w greckich tawernach.
Brudne naczynia są najskuteczniejszą przyczyną do odstraszenia potencjalnych
klientów.
Na koniec ciągniony przez moja miłość do literatury postanowiłem odwiedzić
Mesolongion. Miejsce gdzie 19 kwietnia 1824r po 9-dniowej chorobie zmarł na
malarię lord Byron. Spoczywa tam w sarkofagu serce poety (ciało zostało
zabrane do Anglii). Innych pamiątek historii brak, gdyby nie liczyć polskiego
akcentu, jakim jest płyta nagrobna ku czci polskich obrońców Mesalongion, którzy pod
wodzą oficera o nazwisku Mirdzewski polegli w obronie miasta.
Grób posiada napis po grecku i po polsku."1826 Za Grecje i Polskę".
Stamtąd dobrze utrzymaną drogą wśród wspaniałych widokowo gór udałem się do
podnóża mitycznego duchowo i realnego geograficznie szczytu Parnasu, gdzie w
Delfach wielbiono Apolina i gdzie zapadały wieszcze wyroki delfickich wróżek.
Miejsce to nader warte obejrzenia. Wyrocznie rozstrzygały tam spory nie tylko
między obywatelami, ale także między greckimi państwami. Było to także miejsce gdzie znajdowały się skarbce poszczególnych państewek greckich.
W muzeum w Delfach można zobaczyć dwa arcydzieła sztuki rzebiarskiej. Dla
"seksualnych inaczej" jest tam symbol męskiego piękna - głowa Antinousa
(nieśmiertelny ideał homoseksualistów i faworyt cesarza Hadriana), a dla
wszystkich bez wyjątku postać Wonicy. Posag o niepokojąco smutnym wyrazie
twarzy, który do mnie przemówił swoją niezwykłością.
Dziś o mieszkańcach Delf powiadają inni Grecy, że w czasie burzy gdy są
błyskawice delfici stają w oknach, bo uważają, że Pan Bóg robi im właśnie
zdjęcia do paszportów.
Grecy zresztą zadziwiali mnie swoim poczuciem humoru. Są narodem mającym tzw.
głowę do interesów. Powiadają więc o sobie żartobliwie, że "jak się Grek rodzi
to Żyd placze ze zmartwienia".
Po powrocie do Longos/Egio, które było moją bazą na Peloponezie poddałem się na
kilka dni rozkoszom kąpieli w słonej morskiej wodzie w basenie na wolnym
powietrzu i bardziej wątpliwej przyjemności, czyli prażącym promieniom
greckiego słońca.
Spróbowałem też przejażdżki "greckim mercedesem" na grzbiecie którego wdrapałem
się bez wysiłku na sporej wielkości górski szczyt Peloponezu. Jeśli nie
wiecie co to "grecki mercedes" to wyjaśniam - chodzi o osiołka, który w tym
górzystym kraju jest bardziej niezawodny niż najlepszy samochód.
Gdy nadszedł czas wyjazdu ( prom odpływał z Patras) postanowiłem zobaczyć,
znaną z produkcji słynnego trunku Mafrodaphne, wytwórnię wina pod miastem (nie
polecam, nic ciekawego, a wino przereklamowane - powiadają, ze gen. von Moltke
znany z niesamowitej powagi uśmiechnął się dwa razy w życiu - pierwszy raz jak
napił się tego wina, a drugi raz jak umarła mu teściowa).
Godny polecenia natomiast jest kościół św. Andrzeja, gdzie znajdują się relikwie tego Apostola
,zwrócone przez Rzym kościołowi prawosławnemu kilka lat temu.
Świątynię warto zobaczyć, mimo iż jest stosunkowo współczesna, to widać w niej świetną
myśl architektoniczną, a wypracowane w szczegółach wnętrze robi wrażenie.
Tak skończyła się moja grecka przygoda. Następnie dotarłem do Wenecji -
zatrzymując się "na chwile" na Korfu i w Igumenicy.
Ale to już całkiem inna "para kaloszy"
Z Byrona zapamiętajmy - jeśli laska - następną część cytowanego na wstępie
poematu, który jest moim mottem.
-
"Dosyć jest wiedzieć, ze nikt nie zagrzebie
Ducha wolności - chyba on sam siebie
Bo własne tylko upodlenie ducha
Ugina wolnych szyję do łańcucha"
16-09-1997
Mirek Wiśniewski
|