|
OLGIERD TOMASZ UZIĘBŁO |
POCZTÓWKA z KANTONU |
|
SPACERKIEM PO KANTONIE
Komar. Nie, nie komar. Bzyczy, krucza noga... Łup! Coś mnie walnęło koło ucha - obudziłem się. Moja własna ręka . No tak, tak to jest, jak się bez moskitiery zasypia. Bo ja, proszę państwa, jestem klajstrofobik, i pod taką moskitierą to ciężko zasnąć. Świra można dostać. Więc wykombinowałem inny sposób spania - przy wiatraku włączonym na pełny regulator. Co prawda strażnik akademikowy ostrzegał, ze od tego można umrzeć ( jego kolega wyziębił se organizm na śmierć w ten sposób), ale co tam, nie nam się bać. Jedyny minus, to kiedy wyłączą prąd - wiatrak zamiera i przestaje odwiewać od mych uszu te kręcone komary. A te gryzą. Wychodzę - drzwi z pokoju prowadzą bezpośrednio na trawniczek i między palmy - a tam jest nasz słowiański ( polsko-rosyjski) hamak. Leżę na hamaku. Robi się jasno. Cisza. Chmury - tak jak wszędzie - kolorowane świtem wyglądają pięknie. Jobanyj w rot!!! dochodzi z pokoju Rosjan. Po chwili kopniakiem otwierają się drzwi - Misza. Jego widać też komary obudziły. Wyciąga z pokoju stołek i się przysiada. Po pół godzinie 15 osób siedzi wśród naszych akademikowych 5 palm i gada - ledwo słyszalnie i wątło, bo to wszyscy niedospani. Po tak pięknym poczęciu dnia - nie wiem co robić. Dziś zajęć jeszcze nie ma, pokój już wyklepany, uporządkowany, do Kanady pewno nie pojadę (ech, te baby), pieniędzy nie mam... Co robić? A wziąłem tyłek, zapakowałem w spodnie i wyprowadziłem na bezpedałowy (tym razem bez roweru) spacer. Szósta rano, restauracje właśnie zaczynają serwować dimsam (czyli wszelkiego rodzaju drobne przekąski) i masy starszych Kantończyków z lubością odprawiają starożytniejszy od Mazurka obrzęd picia herbaty: Jamczcha. Powoli wznoszą swe herbaty, pija z namaszczeniem, a potem przegryzają krewetkowymi pierożkami, albo fongdzau ( czyli stopa feniksa) uczynionym z kurzej stopy. Na ulicy masa handlarzy, którzy robią i na miejscu sprzedają mięso zawijane w makaronowe ciasto, pierożki i pyzy na parze, joutchiao - zasmażane na głębokim oleju podłużne kawały ciasta, podobne do naszych faworków ( tudzież, dla centusiów, chrustu). Rowerów zaczyna być coraz więcej, ludzie właśnie kończą śniadania i pędza do pracy. Kończą swe zamiatanie zastępy Oczyszczaczy Miasta, ubrane w Bordowe Mundurki, do których to mundurków maja neonowo żółte i pomarańczowe lampasy. Takiego nawet w środku nocy pijany kierowca zauważy. Zwożą rowerami, trójkołowcami, rikszami - wszystkie śmieciowe pojemniki. Po całym mieście są rozsiane punkty zbioru śmieci, i codziennie o 6 rano i 6 wieczorem SĽ zapełniane śmietnikami - potem przez miasto przejeżdżają śmieciary i wszystko jest znowu czyste. Facet z rikszą właśnie wbiega na Punkt, dostawia kubeł i biegnie z powrotem. Na rikszy mieści się tylko jeden bekowaty kubeł, a to oznacza dużo bieganiny... Uwaga lingwistyczna: słowo riksza przyszło do nas za pośrednictwem języka japońskiego, i ogólnie w Polsce uważa się, ze oznacza ono rower-taksówkę na trzech kołach o napędzie jednego pijaka naturalnego. Po chodkołach od chińskiego Lacze, albo lakce, i oznacza dwukołowy taczkopodobny wóz, którym poruszały się ważne osobistości - a który był ciągnięty przez indywiduum o duzej sile nóg - biegiem. Nad punktem unosi się codzienny smród zgnilizny i hasło na murze: W Jednej Rodzinie Jedno Dziecko. Nieco dalej na tym samym murze: Późniejsze Małzeństwo - Późniejsze Urodziny - Szczęśliwsze Życie. I zaraz obok: Zaludnienie-mniejsza ilość - lepsza jakość. Jakościowo niedorobiony młody człowiek właśnie mnie zauważył - i z całej siły swych zapadłych piersi ryknął: Chalou! Chalou! Chalou... Dołączył do niego chórek równie wybrakowanych kolegów - nie wiem czemu, ale oni wszyscy sądzą, ze na zachodzie każdy sobie nawzajem wrzeszczy chalou w twarz co pięć minut i wydaje im się, ze będę strasznie szczęśliwy, jak się ze mną tym sposobem przywitają. Uśmiecham się fałszywie do nich i idę dalej. Siódma, dimsamy pachną tak.. ze nie wytrzymuję i po sprawdzeniu zawartości kieszeni wpadam na koszyk baozi ( takie pyzy na parze). Popijam herbatą pchuer, która ma niesłychanie swojską woń siodła - ale też wartości medyczne takie, ze teoretycznie powinienem być nieśmiertelny. Obok przy stoliku pewien osobnik kilkudziesięcioletniej dawności zajada się kurzymi stopami, potem poprawia flaczkami na ostro, a wreszcie zapija to wszystko ryżówką Midziou, to taka ryżowa wódka 28-40 stopni gradu, najpopularniejsza na południu Chin... Osobnik potem popija midziou herbatą. Czyta gazetę, mina mu się wydłuża - widać szendzen B znowu zleciał w dół o kilka procent. Biedak. Kto wie, moze dosłownie. Wstaję od stołu i udaję się w kierunku blizej nieokreślonym, moze w prawo? Idę w prawo. A tam - budowa. Dźwig - tudzież inny żuraw. Piękne nowe domy, jeśli ktoś żyje w Azjatyckich wielkich miastach, to wie, co to jest - bezsmacze totalne, gorsze sto razy od nieszczęsnego Hotelu Sobieski. Ale nie smak tu ważny, a ilość wkładanych w to wszystko pieniędzy - inwestycje coraz większe, cale połacie miasta maja na murach wypisane - do wyburzenia. Jeden prosty znak w kółeczku na murze wywala setki ludzi z ich domów. A niektóre z tych domów były ich, ich pradziadków, i pradziadków ich pradziadków. Ale cóż, za postęp trza płacić. A ze postęp jest ( ten przez ę) to tyż prawda. Onegdaj ( jakieś dwa dni temu) założyłem się z kumplem, ze jeśli wybierze plac w Kantonie, dowolny, stanie na środku i rozejrzy po linii horyzontu - to naliczy więcej niż piętnaście żurawi przy pracy. No i wygrałem. Jedno piwo. Chińskie piwo. Z chińskim piwem jest problem - świeze jest całkiem znośne, a dłuzej postoi - 2-3 miesiące - to się całkiem nie nadaje. A poza tym jest ZA BARDZO gazowane - wszyscy się skarżą, ze SĽ trzeźwi jak świnie, a goni ich do kibla bełty rzucać. Ale - wracając do mych baranów: Baranki na perłowej rzece - dziś znowu wieje silny wiatr, to ten tajfun, co go do nas nie doniosło. Rzeka Perłowa. Delta tej rzeki jest jednym z najżyźniejszych rejonów Chin, a w wyniku ostatnich reform - jednym z największych centrów przemysłowych tego Kraju. A jak przemysł - to i rzeka perłowo (pewno stad nazwa) opalizuje, i różne szajstwo w niej pływa I śmierdzi. Jak jeszcze sobie, niewinny naiwniak, mieszkałem w Warsiawie, to myślałem ze Wisła kochana to jest najbrudniejsza. A teraz ujrzałem coś ZNACZNIE gorszego. Udaję się wzdłuż nadbrzeża - staruszkowie - ptakoluby urządziły sobie spotkanie w nadbrzeżnym parku. Ptaków - papug, nie papug, wszystkiego do wyboru do koloru. Pewno Nowozelandczyk Podwórkowy by wiedział, co one za jedne. A ja mam doń pytanie: ptak czarny, kosopodobny, z żółtym, czasem pomarańczowym dziobem, i gada jak człowiek? Jak to się po naszemu nazywa? (Nowozelandczyk Podwórkowy to nie gatunek ptaka, a uczestnik Mailing List Nasze Podwórko, zamieszkujący Nową Zelandię - przyp. Grzanki). Dochodzę do wyspy Szamien - czyli Łacha Piasku. Na onej wyspie imperialiści onegdaj założyli swe koncesje, spalone tutaj opium było jedna z głównych przyczyn pierwszej opiumowej wojny.... Dziś wyspa jest w dalszym ciągu azylem w środku azjatyckiego gwaru.. Dwa kościoły, park, i ciiiiiszaaaaaa. Aż dudni w bębenkach. No i wyłażę na ten Szamien. Na wstępie dostaję w kinol takim zapachem, ze mi łezki w oczach karuzele odstawiają, więc daję po hamulcach. Wącham. Aha, wali od kanaliku - podchodzę blizej... Pięęęęęęękne. Woda się, proszę państwa zsiadła, a w kanaliku jakiś czarny jogurcik bąbelki puszcza. Zgadywam, ze na dnie coś się beztlenowo deklasuje, i stąd te iperyty w powietrzu posuwają. Jakiś dziadek usiłuje znaleźć kawałek wody, zeby do niej zarzucić wędkę. No pewnie, w Chinach tradycja to podstawa, dziadek jego dziadka tak robił, odkąd Kanton był miastem ( jakieś głupie 2300 lat), to czemu ma nagle przestać. I nagle straszna myśl - A JAK ON COŚ WYŁOWI??? W mordę koguta, ja jadłem w restauracjach takie ryby, ze morze rzeczywiście były tu łowione... Popatrzywszy na kanalik wykumałem, ze normalnych dzieci to ja mieć nie będę Ale co tam, jak mawiają: RYBA. Szamien - cisza tak dostałem po uszach ze aż dzwoni. Budynki postawione przez zburżujałych kapitalistów z mocarstw kolonialnych ( tłum chińskich statystów w tle podpowiada: Na Szubienice! Na Szubienice!), zieleń wkoło... Spokój... Tylko opętańcze wycie dzieci ze wzorcowej szkoły wypuszczonych na przerwę. Idę dalej - oto dzisiejsze Chiny: grupa sparowanych białych ( sparowanych bo gorąco i bo idą parami, facet+kobieta, facet+kobieta, jak cząsteczki wodoru). A każda para ma na ramionach (plecach, wózku) chińskie dziecko: dziewczynkę. To jest sławetny handel dziećmi - za kilka tysięcy zielonych plus hotel i podróż, można mieć swojego własnego bachora ( na przyszłość albo na części zamienne) i nikt niczego nie sprawdza. A jeśli niektóre z dzieci trafią do złych ludzi??? Moi drodzy, w chińskich sierocińcach umieralność jest 90%. Widziałem kiedyś dziewczynkę prosto po adoptowaniu z takiego miejsca: w wieku trzech lat nie mogła usiąść - nie mogła, bo była za słaba, zagłodzona - nikomu się szkraba nie chciało karmić. Z powodu niedokarmienia dość daleko posunęły się uszkodzenia mózgu, długo potem uczyła się chodzić. Mówić prawie nie mogła się nauczyć - nikt do dzieci nie rozmawiał, więc nie wiedziała dziewczynka, o co chodzi, co to za dziwne dźwięki wszyscy wydają. Dopiero po roku zaczęła chwytać, i coraz szybciej się rozwijać. Żeby zrobić zdjęcia jak z koreańskich przedszkoli - wystarczy przejść się do chińskiego żłobka dla porzuconych dziewczynek ( chłopców się tu nie porzuca). Tylko że ostatnio białych nie chcą wpuszczać. Szarżuje dalej - na słynny rynek qinping. Szczury w klatce, lemury w klatce, puchawce latawce, wiewióry szare, papugi złociste, interesa nieczyste. Jak pragnę zdrowia - taki rynek to lepiej niż zoo - i wszystko do zjedzenia: stonogi, karaluchy, żuki wodne, cykady, żółwie ( chyba nawet te chronione), kraby, skorpiony, sarenki, pawie, borsuki, psy, jenoty, koty, raz podobno tygryska małego sprzedawali na podroby. Z przypraw: tarte jelenie rogi, ogony, penisy, stonogi suszone, pszczoły suszone, wszystkie pięć zapachów, kora cynamonowca, i TYBETANSKI SZAFRAN - autentyczny rarytas!!! O baaaaa! RARYTAS... No to może o tym jedzeniu.... Tiepandzupa: Plasterki wieprzowiny, obtoczone w cieście, położone na cebuli i na rozgrzanej metalowej płycie - zalane słodkokwaśnym sosem, skwierczy podawane na stół... Zdasienjou: Zasmażane na głębokim oleju w cieście taczane kawałki ośmiornicy - chrupiące, podawane z sosem do maczania... Dzabolo ( bolo to po chińsku ananas): Smażony w cieście ananas, aż do schrupowasienia, podawany ze skondensowanym mleczkiem ( albo czymś innym, baardzo słodkim ) do maczania. Niekiedy podaje się go z roztopionym cukrem. Do maczania. SzuejdzuZoupchien. Z wielką ilością przypraw, goździki i taki inne, plus potworna ilość czerwonej papryczki - syczuanska wieprzowina, ugotowana i podawana z zieleniną pod spodem... Mniam... Ot, kurna, 70 000 000 ludzi. Jaaaasny gwint, jak zobaczyłem plakaty, to mnie styki zagrzały się jak jakaś grzałka - we łbie woda na herbatę, z oczu para, w nosie gwizdek . Prowincja Guangdong osiągnęła właśnie 70 000 000!!! Alarmistyczne ogłoszenia na wielkich tablicach urzędów regulacji urodzin. Ostrzeżenia, zapowiedzi dalszego zaostrzenia reguł.... Chyba zakonnych. Nigdzie chyba indziej nie ma takiego odsetka dziewic po 25-tce jak w Chinach, szczególnie ( o, zgrozo) na UCZELNIACH!! Na wsi jest mniej lub bardziej normalnie, ale na uniwerkach... Rany Julka... Tak się jakoś zacukałem, że postanowiłem coś wszamać i piwco obalić. Udałem się do ulubionej restauracji studentów zagranicznych - Ananasowego pałacu... Pod sufitem unosi się sławetne bóstwo Cchaj Szen Je - czyli na nasze - Bóg Kasiasty Wujek. Ma zapewnić fart i dostatek, oraz dobry handel. Każda prywatna knajpa ma takiego Wujka, który se stoi gdzieś w kącie albo pod sufitem, ma pod nosem parę jabłek, kadzidło jedno drugie i szczęście przynosi. I chyba coś w tym jest, bo firmy państwowe ( w których zamiast wujka jest pierwszy sekretarz POP i komórka do walki z przyrostem) robią bokami i nie wyglądają nawet w ćwierci tak porządnie jak te z Wujkiem. Siedzę więc, wtrącam między żebra Dze Dze Dzi Pao, czyli : kawałki kurczaka, ząbki czosnku w sosiku, wrzucone w naczynie z rozgrzanej glinki i tak podane na stół. Do tego chińskie piwo - dobra tylko ZIMNE, bo poza tym nie ma smaku i stanowczo ma za dużo bąbelków. Taka nagazowana ciecz podobna do rozpuszczonych w herbacie sików zająca. Ale zimna jest niezła... Jacyś ludzie obok grają w słynną grę pijacka - pokazują sobie kamień, nożyce, papier, drąc się przy tym opętanie... Swojskie dźwięki Jap Ji Sam.... Jap ji Sam ( czyli raz dwa trzy)... Kurna felek. Znowu coś mnie na sercu gniecie. Oj, ciężko być zakochanym... I to gniecenie wywala mnie z knajpy. 70 milionów ludzi uwija się dookoła, sprzedaje, handluje, bzyczy na motorach, płodzi potomstwo, gotuje kolację, trąbi namiętnie wciskając wszystkie dostępne klaksony, roi się na ulicy, na ulicy rozkłada swe dobra do handlu... Cyfra rzeczywiście daje się realnie odczuć. Ciężarem HALASU. Uff. Wreszcie - wróciłem w zacisze campusu... Oczywiście, cisza ( jak wszystko inne w Chinach ) jest wysoce względna. Zaszyte gdzieś w drzewostanie szczekają żaby. Inne ( też żaby) muczą. Są tu jeszcze takie, co wydają dźwięki młota pneumatycznego. Ptaszki świergolą, bezszelestnie roją się nietoperze, świetliki zielenią diabelską pobłyskują w nocy... Zatrzymuję się pod większym drzewem... Jakaś para prowadzi rozmowę po drugiej jego stronie: ale przecież nikt nie zauważy. A pamiętasz jak tamtych wywalili z wydziału za SPACER??? EEE, tam. Spacer. Mieli pecha i tyle. Ale ja chcę skończyć studia, wyjść za ciebie, i dopiero.. Raany Gościa, tyle czasu?? Co ty, biały jesteś, że taki niecierpliwy??? O ... I po chwili plask ( ktoś dostał w płaszczyznę). Tupot. Idę dalej - gdzieś w krzolach odchodzi właśnie to, do czego pod drzewem nie doszło. Ciekawe. Ktoś mógłby pomyśleć, że polityka kontroli urodzeń oznacza więcej gum, więcej sprzętu do kontroli zapłodnienia... E, gdzie tam - w większości przypadków to tylko więcej wymuszonych aborcji... Trwa dyskoteka campusowa. Pary posuwają w trenowanych za dnia układach, powoli - czasem szybciej, a czasem nawet zgodnie z rytmem. Pięknie jest. Akademik czeka. Niniejszy spacer wykopałem z przedpotopowych notatek, dosłownie przedpotopowych - jeszcze sprzed Wielkiej Południowochińskiej Corocznej powodzi. Kanton. Zamotany głęboko w sieci rzeki Perłowej. Miasto duszne jak przykryty garnek. I wrze ( tudzież wry) pod tą pokrywką karuzela motorów, rowerów, samochodów ( których połowa ma odwrotnie wstawione kierownice, musi z Hongkongu przez granice kitrane daifeiami). Szum. Hałas . Klaksony i przesłodzona muzyka ze wszystkich głośników, wszystko się zlewa w niestrawny pasztet dźwięków. Uszy zaklejone lepką masą nagle odpoczywają, ciężar dusznego żaru spada z czaszki. Zaułek Cień. Ledwie starcza miejsca na mnie i bardzo chudego faceta na rowerze. Szturcha mnie kierownicą - przejeżdżając obok z okrzykiem: Maaaai Laaaaaan je ( na nasze: Szmaty Graty Kupuję!!!!). Pedał boleśnie przejechał mi po łydce. Ale zaraz znowu jestem sam w labiryncie. Ciemno. Niebo jest wysoko - cztery-pięć pięter w góre - słońce tu nigdy nie sięga. Okna akurat na wysokości moich patrzałek - wiec darmowo zaglądam ludziom w życiorysy. Taka telewizja dla ubogich. Dzieci budują piramidę z klocków. Babcia siedzi zapatrzona w telewizor i pali skręta. Młoda dziewczyna na progu ustawiła miskę i myje w niej włosy. Jakiś Facecik ( w innej misce ) myje nogi. Jego żona wyrzuca przez okno jakieś ochłapy na ulice. Gotuje obiad, zapewne. Ktoś z drugiego piętra chlapnął w dół wiadrem szarej wody - aha - to panieneczka myje okna. Uch, zgrabna sikorka. Nad głową wiszą sztandary suszących się ubrań - na czterech piętrach. Idę dalej. Dwóch facetów przycina bambusy na zasłonkę. Mały chłopczyk siedzi na progu i patrzy szeroko rozdziawionym ryjkiem na świat. Oczy jak pięć złotych z groszami. Guejlou!!!! Mama!!! Guejlou!!!! wbiega do domu obwieszczając me nadejście. Matka z włosami na rolkach wybiega i instruuje synalka: Halou! Halou!... Bachor biegnie za mną wykrzykując "Halou " aż do najbliższej przecznicy. Przecznica jest na szczęście ruchliwa i baardzo głośna Szczeniak wraca do domciu, a ja pełznę dalej w żarze dnia. Aleja ( zwana Wielka Droga Na Południe Od Rzeki ) jest pełna sklepów dla młodożeńców. Fotografia artystyczna - przez mgiełkę pończoszaną i na tle tapetowanego lasu. Pełny wybór sukien ślubnych: od tradycyjnych chińskich ( tak naprawdę to z Mandżurii) Csipao w czerwonym kolorze, przez csipao mniej ortodoksyjne ( odblaskowy róż i neonowa zieleń) aż do zachodnich tortów beżowych we wszystkich kolorach majaków chorego daltonisty. Ulubiłem sobie parkę strojów: panna młoda jest zakuta w suknię krwistoczerwoną z welonem typu fosfor-żółć, na sukni zielone ( neonowe, a jakże) przypinki w formie kwiatów, a z tylu struktura piankowo - firankowa w kolorach odblaskowych z przewagą różów i pomarańczy. Wygląda to jak Czarnobylski mutant pomidora skrzyżowany z równie radioaktywną sałatą. Do pary wystawiony jest w gablocie Pan Młody - błyszczący fiolecik w stylu lokaj z Shangri-La - pagony ze złotą lamówką i zielone guziki, kiepele dla odmiany przypominają kozackie wysokie futrzaki. Lampas czerwono- szary. Ten szary to tak dla ostrego kontrastu. Obok sklep z analogicznym towarem, zatytułowany Formosa Bridelite. Przypomina mi się kumpel, który na widok Pana Młodego ulizanego w czub i Panny Młodej w różowym beziku skonstatowałby: Farmazony. Czyli że Formoza - Farmaza nazwa wysoce trafna i prawidłowa. Pewna stara rosyjska książka podaje definicję farmazona: " FRANK MASONY. Izwiestnoje bratstwo, suszczestwowawszeje do naczala naszego stoletja w bolszoj sile. Naszi prostoljudiny pro mason, goworiat wot kakija stranyja wieszczi: tot, kto wstupit w czleny Frank Masonskogo ordena, tot nieotstupno dolzen ispolniat wse uslowija ordena, sostojaszczije w tom, cztoby nie izmieniat jego tajnam i nie ostawliat jego dla etoj celi; budto by wstupajuszczij dolzen dat rukopisanije swojeju krowiju, a c niego ze krowiju piszut portret i weszajut na stenie masonskoj lozy. Esli portet poczerniejet, ot znaczit wstupiwszyj izmienil sekte. Togda stoit tolko odnomu iz czlenow wystrielit w portriet, i original jego niemiedlienno umriot w tu minutu, niesmotria ni na kakoje rosstajanije. Toze gawariat, czto kto podsluszajet u Frank Masonow tajnu, tot oglochniet. W narodie nazywali ich far-mazony. " Czyli Chiny - masońskiego spisku ciąg dalszy... Przebijam się do nabrzeża przez tłum motocykli... Dwóch dziadków o wyglądzie rozkułaczonych mandarynów na państwowej emeryturze z rozwagą gra w szachy. Godność każdego z ich powolnych ruchów, spojrzeń i zastanowień uczyniłaby łabędzia kanciastym a kota niezgrabnym. Żółw przy nich byłby raptusem. Najwyraźniej nie SA miejscowi, gdyż rozmawiają w pięknie akcentowanym północnym dialekcie. Po półgodzinie gapienia się na nieruchomą szachownicę ręka jednego z dziadków przesunęła armatę i usłyszałem: Dziang Dziun!! skrzypiące acz pełne dostojeństwa: Szach! Starszy z dwóch zamyślił się. Grupka młodocianych kibiców (50-60 lat, czyli krótkie portki i smarki pod nosem) zacichła... Ja nie czekam na odpowiedź. Z właściwą białasom niecierpliwością odspacerowywuję sobie w dal. Oba brzegi pączkują mostami. Już jest ich trzy - na tym odcinku - a kolejne dwa rosną z dwóch brzegów. Wyburzane są całe dzielnice: na ślimacznice prowadzące do nich, oraz na przelotówki związane z mostowym ekosystemem. Biotop Kanton usiłuje przetransformować się ze średniowiecza w 21 wiek. Na drugim brzegu plantacja kwadratowych słoneczników - odblaskowe wieżowce świeżo zasadzone, niektóre jeszcze w skórce bambusowych rusztowań, nie rozkwitłe. Wokół nich szczątki zburzonych domków, odłamki murów. Nie jest to oczywiście wojna w Serbii, ale nowe walczące ze starym zostawia podobne ślady. Zafoliowana w ostrą i do tego przezroczystą zieleń panienka puszcza do mnie oko i powoli podchodzi na swych 10cio centymetrowych podeszwach... "Where are you came from???" Pytanie zdradza niewąską edukacje, żeby popełnić taki błąd trzeba było uczyć się angielskiego przez całą szkołę i pół studiów... " From Poland" odpowiadam nerwowo przecierając oczy - te kolorki mi nie najlepiej działają na siatkówkę. Panienka bije się z myślami, wreszcie przychodzi zrozumienie, i szeroki uśmiech na jej twarzy: "aaaa... I know! " Rozmaźliwym spojrzeniem sprawdza jakość moich butów "Poland - Amsterdam". Uśmiecha się zdawkowo zauważywszy moje zdarte obuwie, ulubione łapcie. Odchodzi rozkołysana w biodrach jak dżonka na morzu... Siadam na ławce w parku. Uspokajam źrenice zakurzone zielenią palm. Wyciągam notatnik i zaczynam pisać... Po piętnastu minutach oglądam się... za mną stoi grupka ludzi płci obojga - obserwują moje trudy. Wymieniają uwagi nie skrępowani mym karcącym spojrzeniem. " Ty, ale szlaczek! To po jakiemu?" "Pewno po Japońsku." "Co ty, to długonos, i do tego biały!" "No to po angielsku!" "O rany! Jak oni to mogą rozczytać " Nasyciwszy ciekawość odchodzą. Nieco dalej dwójka białych turystów je hamburgery - ciekawszy obiekt do obgadywania i gapienia się, w palmy malowane gacie Hamerykana, jego bełkotliwe uwagi, żona ubrana jak na Chińskie Wesele ( patrz wyżej) i do tego obwieszeni aparaturą rejestrującą wszystko: dźwięki, obrazy, a pewnie z tym ich postępem to i zapachy. Oj, przydałoby się to ostatnie, bo to nijak opowiedzieć. Szamią te swoje hamburgery rozmiękle i przewlekle, miejscowi mają ubaw. Ja przyglądam się notatkom. Fakt. Połowy nie idzie odcyfrować. Krucafuks. Wstaję i powoli zmierzam po patelniowatym placyku w stronę autobusu. Po wrzuceniu drobnych przy wejściu wsiadam. Autobus rusza. Za mną siedzi matka z rozpłakanym dzieckiem. Po chwili puka mnie w ramię : "Proszę pana, dziecko chce usiąść na pana miejscu, proszę wstać." Oczy układają się w wielki znak zapytania... Wstaję, co tam. Dziecko lokuje swe chude patyczki na siedzeniu. Coś chłodnego kiełkuje w zmęczonym mózgu. Na ścianach mijanych domów napisy: " W jednej rodzinie jedno dziecko nam rokuje przyszłość świetną", "Cały lud popiera armię, do socjalizmu solidarnie", " Budujmy socjalistyczną cywilizację, praktykujmy ducha socjalizmu". Przejeżdżamy właśnie koło kanaliku pełnego styropianowych pudełek - resztki po hefanach, czyli ryż-z-czymś na wynos. Zapaszek przywodzi na myśl smrodek z Wilanowa... Jak ona się nazywała?? Dwa domy dalej: " Dyskutujmy o higienie, oczyśćmy nasze miasto" . Tuz przed zakrętem na białym murze wielkie czerwone: " Wszyscy pijamy wodę z Perłowej Rzeki, wspólnie budujemy piękny Kanton". Przypomina mi się rozpuchłe ciało kota w rzece, w firance z plastykowych toreb i butelek. Na iście perłowo- opalizującym tle rozlanej benzyny. Chłodny kiełek w mózgu rośnie dalej. Wysiadam z autobusu przed Uniwerkiem. W sklepiku przy pętli kupuję sobie zimne jak lód piwo. Kiełek w mózgu domaga się pożywki. Rozkoszuję się chłodem piwa - kiełek też się rozkoszuje. Razem obserwujemy pętlę: Na pętli kilkanaście osób w uniformach policyjnej szkoły. Szarfy na piersi "Wzorowy Rocznik Szkoły Bezpieczeństwa". Aha, myślę, mają robić porządek. No, no... Od dawna uważałem, że ktoś powinien się tym zająć. Wszyscy walą do autobusu na raz, tłocząc się niepomiernie, nawet jeśli miejsc dla wszystkich starcza, duszą się, czasem nawet wybuchają bójki. Szczególnie między niewiastami. I to nie takie, że się szarpią za owłosienie, tylko z kopa i z piąchy w twarz. Takie tu kobiety. Teraz Rocznik ustawia czekających w kolejce do jednego z dwóch autobusów. Wszyscy karnie stają ( naród to wyjątkowo karny z pałą nad plecami). Kolejka jest zgrabna, młodzi prymusi są ujmująco uprzejmi. Co chwila odpowiadają - proszę poczekać, zaraz ruszymy, ależ za chwileczkę... Drzwi autobusu pozostają zamknięte. Ja ze swego stanowiska widzę drugi autobus, niewidoczny dla kolejki... Napełnia się ludźmi. Rusza. Kolejka zasłonięta autokarem dopiero teraz zauważyła swój błąd. Policyjni prymusi wzruszają ramionami: " Nikt nam nie mówił, że to ma być kolejka do pierwszego odjeżdżającego autobusu...". Chłodny kiełek w moim mózgu rozpuszcza się w zdrowym śmiechu. Wracam do Akademika. Rosjanie palą portret Mao. Biedny Misza chciał pojechać do Makao, zdarli z niego 1000 ($120) za wizę powrotną do Chin ważną na dwa dni... a teraz nie wyjechał, bo ktoś na przejściu wygrzebał w mózgu przepis, który nie pozwala Rosjanom przekraczać granicy w tym właśnie miejscu. A Misza nie miał forsy na łapówę. Stracił więc wizę, forsę, i się rozgoryczył Postanowił, że go karnie wydalą ( darmowy bilet do domu), wiec napisał precz z komuna na drzwiach i pali Mao. Wracam do pokoju. Na biurku leży oddana przez kolegę książka Kępińskiego. Kiełek wraca między płaty mózgu. Podbity żółcią tytuł grzmi "Schizofrenia". Za oknem pierwsze westchnienia dalekiego tajfunu. Wszystkie zdarzenia są autentyczne, scenki własnoocznie obserwowane. Oleś I to by było na tyle. 21-09-1997
Olgierd Tomasz Uzięmbło
|