|
EVA
CHICAGO-1 |
2. POCZTÓWKA Z CHICAGO |
|
MIASTO GANGSTERÓW I MAFII?
Jest w tym wiele prawdy i nieprawdy. Chicago bylo znane z gangsterow w latach trzydziestych, kiedy była prohibicja, także w latach czterdziestych, a nawet pięćdziesiątych. Mafia składała się z kilku lub kilkunastu rodzin włoskich, miedzy innymi Capone. Chicago jest i w tej chwili miastem gangsterskim, wcale niewiele mniejszym niż Nowy York, Washington czy Los Angeles, ale to już nie są gangi z klasą jak za dawnych czasów. Chicago było zawsze znane z olbrzymiej ilości emigracji z Włoch, Irlandii i Polski. Ogromna ilość Polaków wyemigrowała tutaj w czasie lat 20-tych, no i także 60-tych. Włosi przybywali tutaj mniej więcej od lat 20-tych. Jeżeli chodzi o Irlandczyków, to emigrowali oni tutaj pierwsi pod koniec XIX wieku, kiedy to u nich zapanował głód i klęska uprawy ziemniaczanej. Wszystkie trzy grupy były katolickie i ogólnie bardzo się kochali, szczególnie Polacy z Włochami. Polacy byli znani z rzemiosła i rzeźnictwa, Włosi lubili jedzonka, więc ich były restauracje i delikatesy, no a Irlandczycy albo budowali, albo pilnowali. A wybudowali nam chyba z pół Chicago, co do pilnowania to co drugi policjant w Chicago to Irlandczyk z tradycjami sięgającymi dziadków i pradziadków! Polacy byli także słynni jako ta grupa etniczna, która budowała olbrzymie, olbrzymie kościoły! Mój Tato mówi, że swoimi czasy było ich tutaj aż trzydzieści! Największą i ponoć najbardziej ekskluzywną dzielnicą Polską była Bucktown, a po polsku Trójcowo. Dzielnice polskie były nazywane według nazwy parafii, tak że parafia w Bucktown to parafia kościoła Świętej Trójcy. Kościół Świętej Trójcy jest największym kościołem katolickim wChicago, większym nawet od samej katedry. Trójcowo było na swoim szczycie w latach 40-tych i 50-tych, kiedy było tu mnóstwo polskich piekarni, zakładów rzeźniczych, zakładów budowlanych i stolarskich. Kwiaty kolorowe rosły w oknach mieszkańców Trójcowa i językiem panującym na ulicach i w domach był polski. W roku 1992 kościół Świętej Trójcy ogłoszony został przez burmistrza miasta jako "opustoszały i zagrażający bezpieczeństwu publicznemu". Kościół nie widział polskiego proboszcza od wielu, wielu lat, dzwonnica się rozsypywała, wierzący nie chcieli przychodzić, bo kościół był nie ogrzany, a poza tym namnożyło się tam wielu baptystów, bo dzielnica przeszła w ręce Murzynów. Polonia polska zareagowała na apel z "Copernicus Center", zebrano wiele funduszy, dzwonnica została zreperowana, przyjechało kilku księży z Polski. Obecnie, w roku 1997 w niedzielę, trudno jest znaleźć tam miejsce, by usiąść. Sama ten kościół bardzo lubię, albowiem czuję się w nim jak w domu. "Trójcowo" to dla mnie cała historia naszej emigracji w Chicago, czuję tam psychikę rodaków z lat 30-tych i 40-tych, kiedy oni ten kościół budowali w trudach, łzach, szczęściu i biedzie. Kościół jest przepiękny! Zainteresowanych mieszkających w Chicago chętnie zabiorę na wycieczkę, o ile jeszcze tam nie byli. Dzielnica Bucktown jest obecnie uważana za jeden z najlepszych potencjałów inwestycyjnych. Część tej dzielnicy jest "rehabbed" na przepiękne, starodawne wnętrza, w których mieszkają "yuppies". "Yuppies" do centrum Trójcowa jeszcze nie przyszli, ale optymiści twierdzą, że wejdą chyba w przeciągu następnych dziesięciu lat. Obecnie polska dzielnica w Chicago uległa przesunięciu na północ, w okolice ulic Milwaukee i Belmont. "Jackowo", albowiem jest to parafia Świętego Jacka, było stworzone w latach siedemdziesiątych. Na Jackowo głównie składają się imigranci, tzw. "wczasowicze". Wczasowicze siedzą w mieszkaniach po 4-10 osób i oszczędzają pieniądze na powrót do Polski. Są tam także osoby, które normalnie żyją, ale chcą pozostać wśród Polonii. Język panujący to przede wszystkim polski. Ale to nie z wyboru, a raczej chyba z przymusu, albowiem czasu im brakuje na naukę języka angielskiego, bo przecież praca czeka. Kwiaty w oknach też tutaj nie kwitną. Raczej jest brudno i szaro, pałętają się tu różnorakie cwaniaki i ciemne typy, niektóre panie biegają w futerkach, ale ich zmęczenie widać, bo prawdopodobnie posprzątały dzisiaj dwa-trzy domki. Od kilku lat Polacy, którzy nie chcą mieszkać na Jackowie, a chcą być blisko wśród Polonii, przeprowadzają się na północno-zachodnie przedmieścia typu Des Planes czy Niles, a ci zamożniejsi do Park Ridge. Nie ma tam, niestety, polskich kościołów (i nie będzie), nie ma polskich delikatesów (ooops! Przepraszam, są jedne "Sobczyk", ale nie polecam, bo niezbyt świeże). Kwiatki w oknach tutaj co prawda rosną, ale jezyk polski już nie panuje. Szczególnie w Park Ridge (dodam, że tutaj wychowała się nasza First Lady Hillary Clinton), bo dzielnica jest od wielu generacji amerykańska. Des Plaines i Niles w związku z tym, że są bardzo tanie pod względem mieszkań i podatków, są coraz bardziej zaludniane przez Hindusów i rosyjskich Żydów. Przyszłość polskich dzielnic stoi pod dość dużym znakiem zapytania. A teraz ogólnie o mieście Chicago. Wiele osób już tu na ten temat pisało, więc dodam tylko własne spostrzeżenia. Pisał tutaj ktoś, że Chicago to miasto wiatrów, czyli "Windy City". Wiatrów tutaj aż takich nie ma. Otóż Chicago nazywa się "Windy City" od tradycji szybko gadających polityków. Miasto znane jest z olbrzymich sieci powiązań politycznych i korupcji. Najbardziej znaną politycznie rodziną w Chicago jest rodzina Daley, która ma ogromne powiązania z rodziną Kennedych. Rodzina Daley siedzi już od kilku pokoleń w polityce i nasz obecny burmistrz miasta, Richard, tkwi na swoim stołku już drugą, a może i trzecią, kadencję. Choć jest u niego w biurze wiele korupcji, jest on uważany za bardzo dobrego burmistrza. Kiedy Daley powie słowo - słucha całe Chicago. Jego pseudonim to "he gets things done". Za jego kadencji miasto stało się BARDZO czyste, wiele budynków i obiektów w śródmieściu zostało odremontowa już drugą, a może i trzecią, kadencję. Choć jest u niego w biurze wiele korupcji, jest on uważany za bardzo dobrego burmistrza. Kiedy Daley powie słowo - słucha całe Chicago. Jego pseudonim to "he gets things done". Za jego kadencji miasto stało się BARDZO czyste, wiele budynków i obiektów w śródmieściu zostało odremontowanych, na przykład przepiękny Navy Pier czy historyczny stadion naszej drużyny baseballowej "White Sox". Ulice w śródmieściu są czyściutkie, nocą śliczne lampki świecą, wszyscy są zakochani w Chicago. Dwa lata temu Chicago zostało ogłoszone "najlepszym miastem do życia w USA". Mimo, że żyjemy w olbrzymiej metropolii, mieszkańcy Chicago znani są jako bardzo sympatyczni ludzie. Panuje u nas coś w rodzaju "good old Midwest mentality", czyli rodzinność. Miasto jest co prawda etnicznie bardzo podzielone, ale mamy wszyscy jedną wspólną cechę: kochamy szikagowskie byki! Drużyna "The Chicago Bulls" jest najlepsza w historii koszykówki na skalę światową. Michael Jordan już kilka lat temu dostał złote klucze do miasta. Mamy także zwariowanego Dnnisa Rodmana, no i Scottie Pippen, i jugosłowianina Toni Kukoc. Jeżeli jestem poza miastem, a na pytanie "skąd jesteś" mówię "Z Chicago", to reakcja jest zawsze: "Oh, yes, Chcago Bulls!". Jak widać, stereotyp miasta gangsterów rozwiał się już wiele, wiele lat temu. Oprócz tego mamy dość dobrą drużynę hokejową, którą sama bardzo lubię, "The Black Hawks" czyli Czarne Orły. Chris Chelios jest moim ulubieńcem, bo nie tylko dobrze gra, ale i jest cholernie przystojny. Kłócimy się z moją współlokatorką o niego: ona twierdzi, że ma do niego większe prawa, bo oboje są Grekami! :) Miasto jest znane z tysięcy restauracji, ale głównie jest znane z "Chicago-style pizza". Oryginalne chicagowskie pizzernie to Pizza Uno, Pizza Due i Rannali's. Chicago jest również znane z olbrzymiej emigracji irlandzkiej, która osiadła w południowej części miasta i przedmieściach; stąd nazwa "South-side Irish". Południowa część miasta jest zupełnie inna niż północna. Południe jest raczej bardziej robotnicze, północ bardziej intelektualna. Stąd duże różnice kulturowe i w mentalności mieszkańców z tego samego miasta, ale z dwóch jego stron. Moją najlepszą imprezą w Chicago jest nie Taste of Chicago (o którym już tutaj ktoś wcześniej pisał), ale St. Patrick's Day 17 marca (już się nie mogę doczekać, chyba w tym roku spiję się Guinessem!), w południowej części miasta. Dodam, że Dzień Świętego Patryka to narodowe święto Irlandii, bo Święty Patryk to ich patron. W tym dniu całe miasto robi się zielone, nawet woda w rzece jest zabarwiana na zielono!!! Ktoś tutaj pisał o ciężkim klimacie typu "jest bardzo gorąco". Temperatury sięgają tutaj tylko czasami 30 stopni, a to, co nas wykańcza, to nie żar spadający z nieba, tylko olbrzymia wilgotność powietrza. Była też mowa o pokazach sztucznych ogni i innych imprezach. Co do sztucznych ogni to nie zgadzam się, widziałam ładniejsze w Nowym Yorku. Pod koniec lipca jest także organizowany "Air and Water Show", pokazy samolotowe i sportów wodnych. Także w lipcu odbywa się "Jazz Fest" w głównym parku w Chicago. W sierpniu organizowana jest "Venetian Night" - pokaz statków, regat i jachtów, na który spływają uczestnicy z bardzo daleka. Dodam tu jeszcze, że piszę tylko o tych największych imprezach w Chicago, czyli tych, na których zjawia się przynajmniej jeden milion wiary. Oprócz tego jest tutaj wiele innych imprez, albowiem miasto idzie spać o 5 rano (wtedy zamykane są ostatnie kluby), a wstaje już około szóstej, aby przebiegnąć się wzdłuż Lake Shore Drive, czyli główną ulicą koło jeziora, nad którą można podziwiać cały urok miasta: Chicago Skyline. Ale się rozpisałam. No cóż, kocham to miasto szalenie. Byłam w wielu miastach w USA, ale Chicago jest najbliższe memu sercu. 04-02-1997 04-02-1997 |