|
ANDRZEJ
BADURA |
POCZTÓWKA Z CALGARY |
|
którym było dane oglądać światło stworzone przez człowieka ale artystycznie opracowane przez naturę... Miasto, o którym chce napisać poznałem dzięki Olimpiadzie zimowej w 1988 i dzięki telewizorowi. Oglądałem te olimpiadę będąc jeszcze w Rzymie i nawet mi przez głowę nie przeszło, ze kiedyś będę w tym mieście mieszkał, pracował, chodził jego ulicami no wreszcie, że je pokocham. A tak się stało i wcale, ale to wcale tego nie żałuję Dzisiaj po ośmiu latach mieszkania w tym mieście wiem że jestem mu wierny, że tylko naprawdę coś niezwykle ważnego w moim życiu mogłoby wpłynąć na opuszczenie tego miasta. Jak zwykle w życiu bywa, mój przyjazd do Calgary był wogóle nie zaplanowany. A stało się to za sprawą utraty pracy i niemożliwością znalezienia zatrudnienia za godziwe pieniądze w mieście, które jako pierwsze przygarnęło mnie na tej emigranckiej tułaczce Był nim Montreal, jedno z najstarszych i najbardziej europejskich miast ziemi Kanadyjskiej. Niestety los okazał się znowu tym wielkim niewypałem i trzeba było, już po raz któryś tam z rzędu zacząć od nowa. Zacząć wielką drogę na zachód, zachód, który zawsze wiąże się z nadzieją. Tak było w Polsce i tak jest i tutaj. I ciągle zadaje sobie pytanie dlaczego zawsze zachód jest tym co wiąże się z nadzieją na lepsze życie, dlaczego wschód jest tą stroną przegraną. Czy jest na to odpowiedź? Pewnego kwietniowego, późnego wieczoru, po przejechaniu ponad czterech tysięcy kilometrów W tym ostatniego etapu z Wynipegu, liczącego ponad 1300 km, w jeden dzien. i będąc już około 35 km od mojego jeszcze nieznanego przeznaczenia zobaczyłem To i Je. Zobaczyłem moje przeznaczenie i zobaczyłem moje miasto. Ależ nie, wcale Go nie widziałem Nie widziałem domów, nie widziałem ulic. Zobaczyłem za to cos, co zaparło mi na chwilę dech w piersiach, coś, czego nigdy wcześniej w życiu nie widziałem Tego nie potrafi opisac chyba żadne pioro, to musi się zobaczyć Jak już pisałem miąłem za sobą już porządny szmat drogi i w pewnym momencie, gdy wjechałem na jeden z wierzchołków górzystej drogi zobaczyłem potężna łunę świateł Najpierw pomyślałem, ze to się pali jedna z rafinerii oleju jakich wiele mijałem po drodze, gdy tylko przekroczyłem granice prowincji Alberta. Ale po zatrzymaniu się na poboczu i chwili przyglądania się z góry na to morze świateł, zrozumiałem, ze to nie jest żaden pożar, zrozumiałem, ze to jest światło miasta, światło jego ulic, jego domów Miasta które było na mojej drodze na zachód Miasta o nazwie Calgary. Stałem tak na tej górze i podziwiałem te miliony luksów i te kolory. To było najbardziej urzekające, właśnie one, cala ich gama, dosłownie jak przepiękna tęcza Morze tęczy powstałej z odbicia się światła od śniegu leżącego na zboczach Gor Skalistych, Północnej Ameryki. Zwykła czerwona poświata zmieniała swoje kolory w miarę przybliżania się do górskich stoków i z tej czerwieni przechodziła w coś przypominającego srebro księżyca, w zimową pełnię nocy. A ilość tego światła była tak rozległa, że nie można było na raz tego objąć oczami. Syciłem się tymi światłami jak ślepiec, który nagle i niespodziewanie zaczął widzieć I już wtedy wiedziałem, że to będzie moje miasto. Już nigdy potem nie zobaczyłem tego zjawiska. Znajomy Indianin powiedział mi że to jest bardzo rzadko spotykane zjawisko, a on sam zna je tylko z opowiadań swojego ojca, który też to widział Kiedyś, już jakiś czas po tym, gdy w Calgary mieszkałem jakieś dwa lata, rozmawiałem na ten temat z jedną dziennikarka Calgary Herold. Powiedziała mi, że naukowcom jest to zjawisko znane a powstaje na wskutek przemieszczających się ciepłych i zimnych prądów powietrza. Jedne spadają z wysokich gór a drugie, te ciepłe wspinają się na nie jak najlepsi alpiniści. W każdym razie byłem jednym z niewielu wybrańców, którym było dane oglądać światło stworzone przez człowieka ale artystycznie opracowane przez naturę. Zauroczony zjechałem na dół, ale czy można powiedzieć - na dół., jeżeli średni poziom Calgary wznosi się na wysokość 1049 metrów nad poziom Oceanu?. A słynna skocznia narciarska jest położona o następne 300 metrów wyżej. Nie wiem czy tak to można określać, ale rzeczywiście Calgary leży w "dole". Od zachodu otoczone jest przepięknym łańcuchem groźnie wyglądających szczytów, jednych z najstarszych gór na świecie A od wschodu pagórkami prerii, strona południowa, aż do granicy z USA to nasze przepiękne Bieszczady, a północna to prawie płaskie prerie, aż do Edmonton i dalej, to prawie równina. Miasto zacząłem sobie oglądać dopiero na drugi dzien rano. Pierwsze co od razu każdemu się rzuca w oczy to czystość. Nie widzi się śmieci, nie widzi się tych wszystkich wymalowanych sprayem napisów czy pseudo malowideł. Wszystko jest świeże i czyste. Oczywiście zwiedzanie zacząłem od centrum. Potężne wieżowce po 80 i 100 pięter cale ze stali i szkła mogą spowodować zawrót w głowie Mieszczą się w nich przede wszystkim biura największych kompanii olejowych, banków i sklepy. Te najbardziej luksusowe i najdroższe. A wszystkie te budynki połączone są takimi napowietrznymi przejściami umieszczonymi na wysokości 15 stop nad ziemia. Służą one do przechodzenia w cieple z budynku do budynku wtedy, gdy na dworze jest dobrze poniżej minus 30 stopni C. Zieleni jest tutaj tak dużo, ze może to zadziwić każdego przybysza z Europy. Mnóstwo parków, małych i dużych. Takich, gdzie można usiąść na ławeczce i takich, gdzie można rozłożyć kocyk, rozpalić w specjalnie wybudowanym palenisku ogien i piec kiełbaski czy hamburgery. Takiej masy obiektów sportowych nie spotkałem ani w Rzymie ani w Montrealu. Ale najciekawsze są tereny mieszkalne, musicie wiedzieć ze Calgary liczy sobie około 850.000 mieszkańców, raczej ponad niż poniżej. Jest to bardzo ciężkie do dokładnego określenia bez spisu ludności. Dzieje się to za sprawa ciągle zwiększającej się liczby mieszkańców. Większość z nich mieszka w swoich domkach. Nikt nie mieszka w centrum wyłączając gości hotelowych i kilku potężnych i za potężne pieniądze wynajmowanych mieszkań w tzw. apartamentowcach. Reszta to morze małych domków o średniej powierzchni mieszkaniowej około 100 m2 Wokół każdego domku jest trawnik, taki na wzór angielski. Rosną przepiękne srebrne jodły, ale trochę inne niż u nas, w Polsce. No i masa różnych kwiatów. Ich żywot jest krotki, tak jak i lato w Calgary jest krótkie. Do kawału z długa broda należy powiedzenie o klimacie Calgary. Mówi się, że Calgary ma dwa sezony; zimę i Stampede week. Ale to jest oczywiście nieprawda, mamy tutaj i wiosnę i jesień. Są one krótsze i trochę inne niż w Polsce. Wiosna zaczyna się w połowie kwietna albo trochę później...W czerwcu jest lato, ale w lipcu zaczynają się upały Wtedy przeważnie temperatura cały czas krąży w granicach 30 stopni. Nie ma deszczu ale z racji tego, że jest bardzo mała wilgotność to człowiek nie klei się od potu. Pod koniec sierpnia lub na początku września zaczyna się jesien. Liscie na drzewach zmieniają się z zielonych na czerwone, żółte czy wpadające w fiolet. Przychodzą zimne wiatry, nocne przymrozki i nie wiadomo kiedy spada śnieg, a słupek na termometrze leci na łeb na szyje w dol. Wreszcie jest zima, temperatura średnia z ubiegłego roku to dzien. minus 12.8 oC. Temperatura nocna to minus 27.3 oC. rednia z tego samego okresu. Ale nie martwcie się, z tym naprawdę można żyć. Czasami nocne mrozy przekraczają tak zwaną pięćdziesiątkę, a pomimo tego rano wszyscy jadą do pracy, dzieci idą do szkoły, a sklepy są normalnie otwarte. A ci co byli przezorni i wcześniej oddali samochody do przeglądu to nie mają z nimi problemu. Wystarczy tylko wieczorem podpiąć samochód do sieci elektrycznej i rano zapala bez kłopotów, a już po kilku minutach jest on ciepły i przytulny. Calgary trochę z kształtu przypomina kowbojski but i w swojej długości liczy 36 km Szerokość zaś, w najszerszym miejscu wynosi 25 km Te rozmiary ciągle się zmieniają, oczywiście większe Miasto rośnie jak na przysłowiowych drożdżach Mając najmniejszą stopę bezrobocia w Canadzie, (5.8%) przyciąga ludzi ze wszystkich stron. Obecne miejskie dane podają że dziennie do Calgary przenosi sie 45 rodzin. Dlatego też budownictwo mieszkaniowe rozrosło się do olbrzymich rozmiarów, dając tysiącom ludzi zatrudnienie. Dane za zeszły rok mówią o postawieniu ponad 45.000 domow. Tym samym wysunęło się na trzecie miejsce na Canadyjskiej liście budownictwa mieszkaniowego. Pierwsze jest Vancouver, drugie Toronto a trzecie Calgary. Tylko że te pierwsze dwa miasta liczą ponad 2 miliony ludzi każde, podczas gdy w calej prowincji Alberta mieszka niecałe dwa i pół miliona. A na jej obszarze całkiem luźno zmieściły by się dwie Polski. Raz w roku Calgary ma swoje święto, cos takiego jak dni Krakowa. Zaczyna się zawsze w pierwszych dnia lipca i trwa przez okres dwóch tygodni. Nosi nazwę Stampede i jest wielkim Rodeo. W tym czasie do Calgary zjeżdżają się tłumy, ludzi. Próżno marzyć o miejscu w hotelu czy na kampingu. Calgary się wtedy bawi, większość zakładów pracy jest zamknięta, wszyscy biorą urlopy i albo wyjeżdżają w góry albo biorą udział w Dniach Cowboya, bo właśnie takie jest to święto. To latem, a zima spytacie? Zimą są szaleństwa zimowe. Skocznia narciarska a także narciarskie trasy zjazdowe są otwarte od godziny 8 rano do 12 w nocy od niedzieli do piątku, a w soboty od 8 rano do drugiej w nocy. Wyjątkowo zamykane bezpośrednio przed zawodami i w ich trakcie, ale zaraz po zawodach na te trasy wchodzą setki narciarzy amatorów. Bo Calgaryjczycy kochają narty. Kochają śnieg i kochają góry. Kochają przyrodę i dbają o nią, sadząc tysiące nowych drzewek każdego roku. Takie jest to moje miasto, miasto które kocham na równi z moim Krakowem, gdzie się urodziłem, na równi z Warszawa gdzie spędziłem swoje młode i najlepsze lata.
15-07-1998 |