"Telefoniczne Miasto"
Do Kanady przyjechałam dokładnie 4 lata temu, z miasta, które dla mnie
jest najpiękniejsże pod słońcem - Warszawy. Co zauważyłam na samym
początku, to niesamowita czystość kanadyjskich miast. Po Warszawie
była to duża różnica. Ale mnie wkurzało to, że nigdzie, ale to nigdzie,
nie mogłam znaleźć koszy na śmieci, wszystko trzeba było nosic ze sobą.
Chcą zachować czyste miasta, więc nie dają żadnych koszów. Dziwne,
ale prawdziwe.
Ja przyleciałam do Toronto, Ontario, i zamieszkałam w Brantford, miasto
mniej-więcej 80 km na wschód od Toronto. Jest ono słynne z dwóch
postaci - urodził się tutaj Alexander Graham Bell - ten od telefonu - oraz mieszkał przez prawie całe swoje życie. Telefon był wynaleziony właśnie tutaj (dlatego Brantford nazywa się "The Telephone City"), stąd również odbyła się pierwsza rozmowa telefoniczna, z Brantford to Paryża (Ontario, nie Francja, niewielkie miasto bardzo blisko Brantford).
Druga słynna postać to Wayne Gretzky - "The Great One", Numer 99, hokeista - grał między innymi dla Vancouver, Los Angeles, oraz New York. W tej chwili jedynymi po nim "pozostałościami" jest "Wayne Gretzky Sports Centre" oraz ulica, którą ochrzcili jego imieniem wiosną 1996, no i oczywiście jego rodzice. Jego rodzina ze strony ojca (Walter Gretzky) jest z Polski. O ile wiem, to nie był w Brantford ani razu, odkąd ja przyjechałam.
Z Brantford jest bardzo blisko do "Great Lakes" - Hamilton, miasto oddalone o 35 km na zachód od Brantford, jest położone nad Jeziorem Ontario, a jakieś 50 km w przeciwną stronę jest Port Dover i Jezioro Erie. Port Dover jest sławne z tego, że w każdy piątek 13-go zjeżdżają się tu "harleyowcy". Większość z nich jest z zawodu lekarzami, adwokatami, pracują dla rządu. Na jeden dzień zmieniają się kompletnie.
Oba jeziora są przepiękne - zakochałam się w nich od razu. Żałuję tylko,
że nie mieszkam bliżej nich.
Oprócz tego, stąd także pochodzi Julie Howard. Nic wam to pewnie nie mówi, ale Brantford jest szczególnie z niej dumne, gdyż była w Barcelonie w 1992, a także i w Atlancie w 1996. Jest pływaczką.
Brantford jest małym miastem, ale - tak jak i większość kanadyjskich
miast - ma duży obszar, gdyż większość ludzi mieszka w wolnostojących domach. Mieszka tu około 85 tysięcy ludzi. Nie ma tu wielu rzeczy. Kilka lat temu zamknięto kilka dużych fabryk i wiele ludzi się
wyprowadziło. Bezrobocie jest jedno z najwyższych w całym kraju (niedawno było ponad 12%). W tej chwili jest tutaj tylko fabryka jeansów Levis, Gates Canada, S.C. Johnson Wax, i fabryka lodówek.
Ja sama nie lubię tego miasta, ale samo w sobie nie jest ono złe. Mnóstwo parków, mnóstwo zieleni, na każdym wolnym skrawku ziemi jest
trawnik i tabliczka mówiąca, że to jest park imienia... Jest to miasto
położone na rzece - Grand River, której nazwa jest bardzo myląca. Ta
rzeka jest "grand" tylko raz w roku - w czasie wczesnej wiosny, kiedy
wszystko zaczyna topnieć. W 1996 duża część Brantford była zalana.
W tym roku nie było aż tak źle. Normalnie można przejść z jednego brzegu na drugi bez zamoczenia nóg powyżej kolan (tzn. jeśli się chce zaryzykować swoje zdrowie). Mieszkańcy Brantford są szczególnie
źli na zarząd miasta, który spędził $30 milionów na wybudowanie budynku o nazwie Icomm, popularnie zwanego przez wszystkich "białym słoniem" (jest niesamowicie WIELKI - no i oczywiście, BIAŁY), w którym teraz nic ale to nic nie ma i nie było odkąd był wybudowany jakieś 10 lat temu.
Ludzie, tak jak większość Kanadyjczyków, są bardzo przyjaźni. Nawet jeśli to ty nastąpisz im na palce, to oni będą przepraszać ciebie, a
nie na odwrót. Większość mieszkańców miasta pochodzi z Włoch oraz
Polski. Są tu cztery katolickie kościoły - dwa typowo anglojęzyczne,
jeden polski i jeden włoski. Nie ma tu wielu imigrantów kolorowych,
najwięcej jest azjatów, ale coraz więcej widać przybyszów z krajów
arabskich. Co roku w lipcu, już od 26 lat, odbywają się tutaj "International Villages" - różne narodowości pokazują swoje kultury, tradycje, kuchnie, tańce. Prawie zawsże są między nimi dwie "wioski" polskie, gdyż w Brantford są dwie polskie hale. Oprócz polskich są jeszcze: grecka, niemiecka, włoska, holenderska, węgierska, amerykańska, Trinidad & Tobago, oraz młodzieżowa.
Przez ostatnie kilka lat ONZ obwoływała Kanadę krajem o najlepszych warunkach życiowych. Warunki socjalne są jedne z lepszych - w końcu podstawowa opieka medyczna jest zapewniana przez rząd dla każdego legalnego mieszkańca tego kraju! Ludzie wykorzystują rząd w braniu tzw. "welfare" ("zapomoga"?), ale ostatnio zaostrzono przepisy konieczne do jego uzyskania.
Mimo iż Kanada graniczy ze Stanami Zjednoczonymi, wielu Amerykanów ma niewielkie pojęcie o tym kraju. Ja sama, po przyjeździe do Kaliforni, zostałam zapytana, gdzie jest Ontario i czy jest tam teraz - w lipcu/sierpniu - bardzo zimno. Nie jestem pewna, czy ta osoba zdawała sobie sprawe, że Ontario jest jedną z 10 prowincji Kanady, a nie miastem.
Wielu z nas, w Kanadzie, zauważyło Amerykanów z Detroit lub Chicago
(a wiec tylko o granicę czy jezioro oddalonych od Ontario), którzy przyjechali w środku lata z nartami i pytali, gdzie najlepiej jest pójść pozjeżdżać. Pogoda w południowym Ontario jest w mniej-wiecej taka sama, jak w Polsce. Warunki są nieco inne "up north" - jak wszyscy mówią o północy tej prowincji.
W zeszłym roku pierwsże miejsce w wiadomościach zajmował Quebec - francuska prowincja Kanady - i fakt, że chcieli się odłączyć od Kanady. W referendum 50.6% głosowało przeciwko, 49.4% za odłączeniem. Ale pogląd większości Kanadyjczyków jest taki: niech robią, co sobie do diabła chcą. Już się znudzili ich narzekaniami. Sądzą, że jak się odłączą, to w końcu zobaczą, co tracą, ale wtedy będzie już za późno. Ale separacja, jako taka, jest bardzo ważna. Nie chodzi tu o sam Quebec, ale o Kanade w ogólności. Mimo iż większość ludzi ma Quebec powyżej uszu, to chcą, aby Kanada została cała.
Mimo iż przez pierwsże dwa lata narzekałam, że tu mieszkam, to uważam, że nie jest tutaj aż tak źle. Ludzie są przyjaźni, warunki życia jedne z lepszych na świecie, miasta są bardzo zadbane. Da się tu żyć.
07-09-1997
Paulina Klimas
|