Berlin - fascynująca stolica dziwnego narodu, którego synami byli Bach, Beethoven, Goethe,
Kant, ale także Marks i Engels (z przymrużeniem oka) z jednej strony i niejaki Adolf H.,
ojciec Oświęcimia, Buchenwaldu i setek innych obozów śmierci - z drugiej. Człowiek
współodpowiedzialny wraz z całą świtą posłusznych mu "niemiaszków" za największe
cierpienia w historii ludzkości.
No, ale wroćmy do Berlina. Leży on zaledwie 80 km od zachodniej granicy Polski (gdyby
liczyć do centrum - wyniesie to 95 km). Jako datę powstania przyjmuje się rok 1356 ,
połączenie dwu osad: Kolln i Berlin. W wyniku licznych wojen, a zwłaszcza ostatniej,
zachowało się niewiele dawnych obiektów, a zmianie uległy nawet założenia
architektoniczne.
Dzisiejszy Berlin to głównie atmosfera miasta, jego bogate życie kulturalne, wielkomiejski
rozmach, wspaniale rozwinięta sieć handlowa, komunikacyjna, infrastruktura komunalna - i
coś, co ja nazwałbym ekspansją radości i życia. W minimalnym stopniu zauważana jest tam
jakakolwiek szarość, czy to w ubraniu tubylców, czy w wystroju wnętrz, wystaw
sklepowych, a nawet elewacji budynków (oczywiście cały czas należy brać poprawkę na
DDR lub - jak mawiają Niemcy - na Ossi).
W Berlinie spedzałem regularnie około 10 dni w miesiącu (prowadziłem tam interesy), lecz
dopiero po upływie czterech lat mogłem powiedzieć, że teraz to ja poznałem miasto. Coż
wiec mogę polecić? Tradycyjnie turysta zobowiazany jest do odwiedzenia muzeów, których
tutaj nie brakuje, i wszystkie dzięki zapobiegliwości wzmiankowanego Adolfa H. i jego
kolesiów są bogato wyposażone. Berlin posiada 90 oficialnych placówek muzealnych, z
których absolutnie godne obejrzenia są cztery główne kompleksy: Charlotenburg, Dahlem,
Tiergarten i Museumsinsel.
Zacznijmy od Pergamonmuseum - największego zbioru sztuki starożytnej. Posiada w
swoim zestwie takie hity jak : pergamoński Ołtarz Zeusa (180 pne), babilońską Bramę
Bogini Isztar (575 pne) i rzymską Bramę Targową z Miletu, wiele dzieł sztuki greckiej,
islamskiej i Dalekiego Wschodu. W Bodemuseum zobaczycie światowej klasy obiekty
sztuki egipskiej, poźnogotyckiej rzeźby drewnianej i malarstwa XV-XVIII - wiecznego. Gdy
kogoś znudzą monumentalne wystawy w sztandarowych muzeach może pójść do Deutsches
Historisches Muzeum, dawniej wystawiające osiągnięcia socjalizmu, dziś prowokujące
wystawami multi-medialnymi z bieżącej historii Niemiec. Jeszcze inni mogą odwiedzić
Lesben-Archiv Spinnboden, czyli archiwum historii kultury lesbijskiej.
Znudzonym kulturą muzeów polecam nocne życie Berlina. W tym zakresie ciągle coś się
zmienia (powstają nowe miejsca, stare zaś bankrutują lub właściciele lokują interes w innej
branży). Najlepiej więc kupić którąś z gazet informujących wyłącznie o rozrywce, np. "Tip"
lub miesięcznik "Berliner Programm". Można też w ciemno udać się na Savignyplatz lub
Ku`damm i tam w jednej z dziesiątek kawiarni lub klubów bawić się do białego rana.
Sexualni inaczej, koncentrują się wokół Nollendorfplatz, gdzie pod nr 17 mieszkał
Christopher Isherwood, pisząc tu swój słynny "Kabaret" - musical znany chyba każdemu.
Jeśli chodzi o rodzaj muzyki grany w klubach, to takiej różnorodności nie znajdzie się
chyba nigdzie na świecie. Od klubów, gdzie króluje rumba lub tematy Gllenna Millera,
poprzez reagge, aż po muzykę, którą uwielbiają fani z kolczykami we wszystkich możliwych
miejscach ciała (widziałem na własne oczy tancerkę z kolczykiem w łechtaczce - klub
nazywa się Flammende Herzen i mieści się na Oranienstr. 170)
Oczywiście rozrywka w Berlinie to nie tylko kluby i kawiarnie. Przez cały wrzesień odbywa
się Berliner Festwochen, a w listopadzie Berliner Jazztage. Dla mlodszych fanów lipcowe
Sommerfestspile; ogłusza muzyka punk, steel drum itp. Nie zapomnijmy o Operze,
Filharmonii, teatrach (wiele w wersji "in englischer Sprache"). Zmęczony zwiedzaniem
muzeów, wykończony przez nocne życie turysta zamiast odpoczywać może wybrać się nad
ranem na spacer po mieście. Tutaj niestety nic wielkiego nie zobaczy, chyba że wielką jak
glupota socjalizmu wieżę telewizyjną i parę zabytkowych budowli wokół. Spośrod nich
polecam Berliner Dom (katedrę berlinską), remontowaną po uszkodzeniach wojennych aż
do 1993 r.
Ciekawie jest wybrać się na Kreuzberg, drugie po Istambule zgromadzenie ludności
tureckiej na świecie, i zakosztować atmosfery orientu, choćby w postaci kebaba w narożnym
imbissie. Ponieważ piszę te słowa do Polaków, nie bedę Was zachęcał do obejrzenia takich
ciekawostek, jak dzielnica socjalizmu Marzhan, gdzie kilometrami ciągną się blokowiska i
gdzie dopiero kapitaliści po zjednoczeniu zaczęli sadzić drzewa na betonowej pustyni.
Koniecznie trzeba natomiast zobaczyć Schloss Charlottenburg na Spandauer Damm z
fascunującym zbiorem sztuki egipskiej, oraz liczącą sobie 3300 lat podobizną Królowej
Nefretette. Darujmy sobie za to znaną z każdej widokówki Bramę Brandenburską, chyba,
że połączymy to z odprężającym spacerem po Unter den Linden i obejrzeniem gmachu
Reichstagu, a następnie odpoczniemy w Parku Tiergarten (gdzie kiedyś polowali pruscy
monarchowie).
Amatorzy historii mogą, a nawet powinni pojechać w rejon Hauptbanhof i zobaczyć resztki
ze 160 km muru berlińskiego, który miłośnicy klasy robotniczej wybudowali w
rekordowym czasie zaledwie JEDNEJ NOCY - 13 sierpnia 1961 r. Znajduje się tam - coraz
bardziej niestety zniszczona - największa na świecie galeria na świeżym powietrzu: "galeria
malunków na murze" ze słynnym "pocałunkiem śmierci" niejakiego Honniego (vel
Honeckera) z Breżniewem.
Zmęczeni zwiedzaniem, nocną hulanką i spacerami nad ranem wybierzmy się uraczyć oczy
perłą Brandenburgii - Potsdamem. Zbudowany przez Fryca Wielkiego (tak naprawdę
kurdupelka) 600-akrowy park z czterema barokowymi pałacami, z których największy
Neues Palais jest akurat najbrzydszy. Posiada za to słynną Grottensal wykładaną
szlachetnymi kamieniami i muszelkami. Zbudował go Frycek jako substytut nieznanego
wtedy jeszcze farmaceutyku o nazwie Prozac. Frycek był bowiem bardzo przygnębiony złą
passą i ciągłym przegrywaniem wojen. Chciał znaleźć jakieś ukojenie, wymyślił więc sobie
Chinesisches Teehaus, gdzie inkrustowany złotem dach z posągiem Buddy na środku jest
niczym opiumowy sen (kto go zresztą wie, może nawet i popalał trawkę). Mówi się też, że
używał tylko języka francuskiego nawet w lożku (dosłownie i w przenośni). W ogóle cały
park i wszystkie budowle stwarzają niezapomniany nastrój i działają na dusze jak narkotyk -
miejsce przeurocze.
Wychodząc z parku i kręcąc się wokół natrafimy na (UWAGA GRZANKA) Dzielnicę
Holenderską z budynkami z czerwonej cegły, a spacerując dalej na północ możemy trafić do
Schloss Cecilienhof, gdzie prowadzono od 17 lipca i podpisano 2 sierpnia 1945 r. tzw.
Konferencję Poczdamska.
Myślę, że jesteśmy już zmęczeni. Wróćmy zatem do centrum, aby w Kempinsky Hotel zjeść
exkluzywny obiad za 300 DM per capita i wsłuchać się w opowieść o największym patriocie
Berlina: Erneście Gockowskim. Urodzony w 1710 r. w Chojnicach znalazł się w wieku 14
lat w Berlinie i tam jako sierota rozpoczął swoją karierę. Faktem jest, że stał się jednym z
najzamożniejszych mieszczan, a tym samym wszedł w krąg przyjaciół Fryderyka II. Kiedy
w czasie wojny siedmioletniej wojska austriackie i rosyjskie wkroczyły do Berlina, tenże
Gockowski, dzięki umiejętności pertraktacji, zdołał zmniejszyć nałożoną na miasto
kontrybucję z 40 ton złota do 15 ton, z czego połowę sam zapłacił. Zaslużył sobie odtąd na
miano największego patrioty Berlina, co nie przeszkodziło mu w wyniku tego aktu
zbankrutować i umrzeć w nędzy, w tymże Berlinie, w roku 1775. Od tego czasu jak sądzę
rozpowszechniło się powiedzenie "jak tracisz głowę to nie nadstawiaj d..."
Pouczeni tym oświecającym przykładem możemy powiedzieć, że nasza wycieczka powoli
dobiega końca. Ależ nie!! nie!! Zobaczmy jeszcze Ratchaus Schoneberg, gdzie J F Kennedy
powiedział 26 VI 1963 r. słynne zdania: "Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek by nie
mieszkali, są obywatelami miasta Berlina. I dlatego ja, jako wolny człowiek, z dumą
stwierdzam: Ich bin ein Berliner".
13-02-1997
Mirek Wiśniewski
|