|
PIOTR
KŁOPOTOWSKI 1, 2, 3 |
POCZTÓWKA Z ADRIATYKU |
|
Pierwszy raz pływałem po tych wodach w zeszłym roku na tej samej łajbie. Nawiasem mówiąc był to Nefryt (7,20 dł. i 2,05 cm szer., zanurzenie 1,20cm). To jacht zatokowy, ale nie tylko. Pływaliśmy oczywiście pod polską banderą. Czarter to jedyne 500 DM za tydzień. Akwen tak mi się spodobał (cena też), że postanowiłem w tym roku popływać jeszcze raz. Pomyślcie tylko, że w zeszłym roku najtrudniej było... skompletować załogę. Dziwne, prawda? Planowanie rejsu zaczęło się w styczniu. Choć tak naprawdę to myśl o rejsie w tym roku świtała mi już po zakończeniu zeszłego. Wyspy Adriatyku to raj dla żeglarzy. Tyle wstępu. Start odbył się z pod wielkiego mostu łączącego stały ląd z wyspą Krk. To jedna z największych wysp Chorwacji. "Amba 2", bo tak nazywa się jacht, którym pływaliśmy, stała zacumowana w niewielkiej przystani. Gdy dojechaliśmy załoga, którą zmienialiśmy, właśnie się pakowała i dokonywała ostatniego klaru na łodzi. Wypiliśmy jeszcze razem parę piwek i wymieniliśmy uwagi. Podstawowym tematem był "nowy" silnik. Poprzedni był starym, ruskim gruchotem, który zresztą był zepsuty. (W Chorwacji nikt nie naprawi "Wietieroka"). Ten był zabudowanym jednocylindrowym Dieslem. Tak więc silnik. Na morzu silnik jest bardzo ważny. Chodzi szczególnie o wejścia do portów. Są często niezbyt duże i gęsto zatłoczone różnymi łodziami. Począwszy od małych pontonów z silniczkami, a skończywszy na potężnych jachtach żaglowych i wypasionych jachtach motorowych (pływających ekskluzywnych willach). Od silnika wymagam niewiele. Chcę aby był niezawodny. Nasz diesel okazał się bardzo ekonomiczny, ale miał wiele wad. Był diablo głośny, odpalał na korbę, a ponadto wymagał pracy dwóch ludzi, z których jeden musiał wykazywać się sporą siłą (przynajmniej woli). Zanim jednak wysilę pamięć i opiszę rejs, chcę abyście wiedzieli, że załoga składała się z 4 osób. Byli to ludzie, którzy znali się parami. Para małżeńska naszych znajomych (znajomość dość krótka) oraz moja żona Hania i ja jako skipper. Bladym świtem oddajemy cumy, odpalamy silnik. Kotwica w górę. Płyniemy na północny zachód. Silnik wali tak głośno, że przy sterze nie słyszę ludzi na dziobie. W mesie nie można wysiedzieć. Gorąco mimo wczesnej godziny. To silnik grzeje. Jest chłodzony powietrzem. Płyniemy zupełnie szybko - 4 węzły. Na wodzie flauta. Żadnego choćby podmuchu. Z lewej, rozciąga się w lekkiej mgle Rjeka. Duże miasto z takimż portem. Rozwleczone po całej górze. Nie wygląda zachęcająco. Po przejściu pod mostem kieruję łódkę lekko na zachód. Silnik wali niedowytrzymania. Teraz zwrot na południowy zachód. Płyniemy wzdłuż wybrzeża Krk'u. Znów z lewej burty jakieś przemysłowe obiekty. Nie przejmuję się nimi. Wiem, że za chwile pozostaną za nami i przez resztę rejsu takich rzeczy nie będziemy oglądać. Zaczyna lekko wiać. Słońce mocno świeci. Stawiamy żagle. Silnik stop. Jaka ulga. Wspaniała cisza. Wreszcie płyniemy jak należy. Basia, żona Jarka robi kawę. Ja robię krótki kurs nomenklatury żeglarskiej. Ta stalowa linka biegnąca od dziobu do topu masztu to sztag. Od topu do rufy to achtersztag. Ten żagiel to fok, a ten to grot. Te linki to szoty, a te to fały. To jest to, a to tamto. Opowiadam. Basia chłonie. Jarek nie zupełnie. Ma swoje nazwy na wszystko. To są sznurki, kokpit to ogródek, mesa to piwnica. Wieje coraz mocniej. To Yugo. Potrafi dmuchnąć. Jest piękna żeglarska pogoda. Dmucha 3 w skali Beauforta. Halsujemy. Zamierzamy dopłynąć do stolicy wyspy Krk. Mijamy Nijevice. Małe miasteczko w rozległej zatoce. Wspominam zeszły rok, kiedy to w sztormowej pogodzie wchodziliśmy do tutejszej przystani. Nie jest to marina, ani żaden port. Gdybym wtedy to wiedział. Bez silnika, na dopychającym wietrze próbowałem wepchnąć się na żaglach do zatłoczonej różnymi baliami przystani. O mało nie skończyło się tragicznie. Chyba ze trzydziestu chłopa chroniło naszą burtę przy betonowej kei. Wiało ok. 6°. Fala zalewała i pokład i keję. Jacht przy kei unosił się na fali ponad metr nad keję. To był ciężki dzień. Tymczasem lewym halsem odchodzimy od tego miejsca. Idziemy bardzo ostro. Ostro, na ile pozwala nam łódź. Ten Nefryt nie pływa zbyt ostro na wiatr. Ma duży martwy kąt. Na szczęście dobrze wieje, a my się nigdzie nie spieszymy. Mamy w końcu wakacje. Jeszcze Jeden zwrot. Tym halsem powinniśmy wyjść za cypel i zobaczyć Krk. Po pół godzinie, jest. Na rozległym wzniesieniu w świetle słońca połyskuje stare miasto. Jeszcze kawałek tym kursem i zobaczymy charakterystyczną wieżę kościoła. Piękny widok. Jest po osiemnastej gdy wpływamy do portu. Wszędzie pełno jachtów i łodzi motorowych. O tej godzinie na brzegu rozkwita życie. Odpalamy silnik. Jarek kręci korbą, a ja unoszę kawał innego dynksa, aby ułatwić obrót silnika. Skubany, nie chce zapalić. Próbujemy jeszcze raz. Znowu nic. Niech go cholera. Wiatr znosi nas. Jest dość wąsko. Wreszcie udało się. Pracuje. Zamykamy klapę silnika żeby nie było tak głośno. Zrzucamy żagle. Wszystko dokładnie trzeba powiedzieć. Jarek kotwica, hania na dziób. Bacha chroń lewą burtę. Pięknie. Stajemy przy środkowej kei. Kotwica jest, cumy też. Świetnie. Klar na łodzi. Idziemy w miasto. Powoli zapada zmierzch. Światła miasta potęgują wrażenie. Na ulicach gwar wielojęzyczny. Zaliczamy parę knajpek. Kawa, piwko, siku. Zwiedzamy miasto. Wąskie, średniowieczne uliczki wiją się jak labirynt. Wszędzie pełno straganów. Gra muzyka. Jest wspaniale. 22,00 - wracamy na "Ambę". Kolacja. Chorwacki chleb - kruh, dobrze smakuje. Piwo Żywiec przywiezione z Polski jeszcze lepiej. Jesteśmy znużeni. Walimy się w koje. Rano trzeba wcześnie wstać, bo ok. 8,00 przychodzi cieć po opłatę portową. Tym razem nie zamierzamy jej płacić. Mamy zamiar wyjść wcześniej.
|